Zdzisław Beksiński to postać ogromna. Znana, opowiadana i oglądana. Zbiory listów, biografie, zapisy wywiadów i rozmów, wreszcie kilka filmów. O malarzu, rzeźbiarzu, rysowniku, projektancie, fotografie. O mieszkańcu Sanoka, a później nie tyle o warszawiaku, co o mieszkańcu Służewa nad Dolinką. Jego biografię, jak to bywa przy wielkich talentach, można odczytywać wciąż na nowo i z różnych perspektyw.
W przypadku takich osób „prywatne” przestaje istnieć. To, co domowe i rodzinne, staje się częścią opowieści – czasem mimo woli, choć raczej nie w tym przypadku. Poprzez pozostawienie ogromnej ilości zapisów życia prywatnego artysta, jak podświadomie pozwolił nam na szukanie w jego najbliższym otoczeniu drobnych znaków, punktów stycznych, drobinek codzienności, które mogłyby tłumaczyć jego wyjątkowość. Dał pożytek naszej naturalnej, ludzkiej ciekawości. Od dziesięcioleci oznaczamy przecież na mapach miejsca związane z artystami: „tu mieszkał”, „tu tworzył”, „tu powstało dzieło”.
W Sanoku można zwiedzać miejsca z nim związane, choć niestety już nie jego rodzinny dom. Na warszawskim Służewie – nie tablicę pamiątkową, lecz mural poświęcony najsłynniejszemu mieszkańcowi bloku przy Sonaty 6, a także ten niedawno powstały przy stacji metra. Więc może rzeczywiście nic nie jest prywatne? Zaglądamy w zdjęcia rodzinne, pamiątki, odbitki wkładane niegdyś do albumów. Nie sposób patrzeć na nie bez wiedzy, którą już mamy, bez przeczucia. Ten chłopiec zapatrzony w okno albo z taczką w ogrodzie – my już wiemy. Albo kilka lat później – stoi z aparatem i fotografuje kogoś, kto właśnie portretuje jego. I znów – my już wiemy, że tak rodził się ogromny talent.
W tych zdjęciach – wybranych z obszernego archiwum rodziny Beksińskich przez działającą blisko 20 lat Fundację Beksiński – kryje się wizualna opowieść o życiu Zdzisława: jego najbliższych, otoczeniu, dojrzewaniu, pracy. Całe życie zapisane w kadrach. Wyjazdy, spotkania, dorastanie, miłość, rodzina, przeprowadzka, dom. Każdy z nas ma zapewne podobne archiwum.
Trudno jednak patrzeć na te zdjęcia bez myśli o „czymś więcej”. Beksiński przecież porzucił fotografię w 1959 roku. Odłożył aparat i zwrócił się ku malarstwu. Ale – jak widać po tych prywatnych kadrach – nigdy nie przestał fotografować. Nie odrzucił medium. Po prostu zmienił kierunek swojej twórczości, jej materię, sposób wyrazu. Fotografia pozostała mu potrzebna – do notowania codzienności. Już nie eksperymenty, o których opowiadał Jerzemu Lewczyńskiemu czy Bronisławowi Schlabsowi, lecz zwykłe ujęcia: dom, bliscy, codzienne sytuacje.
Jego odejście od fotografii trudno zaakceptować. Nawet jeśli malarstwo przyniosło mu światową sławę, to w fotografii był równie wyjątkowy – jeden z największych. Wniósł do niej nową wrażliwość, język, który na trwałe odmienił polską fotografię XX wieku. Dlatego na jego prywatne, nieprzeznaczone do publikacji zdjęcia patrzymy dziś inaczej. Widzimy mistrzostwo w prostym portrecie żony Zofii czy małego syna Tomka, awangardę w ujęciach rodzinnych, wybitność w albumie domowym. I jest w tym jeszcze radość – że możemy oglądać coś, co miało pozostać poza książkami o historii fotografii. Coś bardziej szczerego. Prywatnego. Opowieść o rodzinie, która może i była ostatnia, ale na pewno nie zostanie zapomniana.
Joanna Kinowska
Kamil Śliwiński
Wystawa „Beksiński nieznany” została przygotowana wspólnie przez Fundację Beksiński i Służewski Dom Kultury w oparciu o archiwalia pochodzące z Muzeum Historycznego w Sanoku i zbiorów prywatnych. Towarzyszy corocznemu wydarzeniu z cyklu „Beksiński – twórca i sąsiad” organizowanemu przez Służewski Dom Kultury.